Traktor z Wrocławia brzmi jak coś z XX wieku. Ale tu mamy do czynienia z autonomicznym robotem gąsienicowym, który sam jeździ po winnicach. Agribot został wymyślony i złożony właśnie we Wrocławiu jako odpowiedź na główne wyzwanie agrobiznesu: jak pracować na wąskich i nierównych działkach bez operatora. Zamiast kabiny – GPS i czujniki, zamiast dźwigni – algorytm. Idea jest prosta, realizacja już mniej oczywista. Ale Polska pokazywała nawet Agribota w Komisji Europejskiej jako przykład swoich agroinnowacji. Opowiadamy na iwroclaw.com historię i specyfikę tej innowacji.
Wrocławski ślad: skąd wziął się Agribot
Historia tego ciągnika zaczęła się nie w laboratorium wielkiego koncernu, lecz w biurze przy ulicy Wagonowej we Wrocławiu. W 2015 roku zespół inżynierów założył spółkę Agribot Sp. z o.o., decydując się skoncentrować na trudnych terenach – winnicach, sadach, plantacjach, gdzie zwykłe maszyny często są bezsilne. Stąd też pomysł: kompaktowa, autonomiczna maszyna, która radzi sobie sama.
Nie był to typowy prymitywny startup. Już po kilku latach Agribot otrzymał współfinansowanie z Unii Europejskiej – na przykład w ramach projektu „Agribot 2.0” kwota dotacji sięgnęła ponad 3,6 miliona złotych (całkowity budżet – ponad 5 milionów).
Dlaczego akurat Wrocław? Miasto ma swój charakter: uczelnie techniczne, środowisko deweloperów, inkubatory biznesu, dostęp do programów europejskich. Agribot nie jest jedynym lokalnym wynalazkiem (są też na przykład światłowody). To jednak jeden z najciekawszych — bo chodzi o technologię, która realnie zastępuje człowieka w pracy na polu.
Robot, który nie potrzebuje kierowcy

W skrócie: Agribot to ciągnik bez kabiny, który orientuje się za pomocą GPS, jeździ na czterech gąsienicach i może pracować z różnym osprzętem. Został stworzony specjalnie dla wąskich i pochyłych terenów – czyli sadów, winnic, plantacji jagodowych. Tam, gdzie zwykła maszyna albo nie przejedzie, albo szybko się «zmęczy», Agribot czuje się dość pewnie.
Wewnątrz – silnik Diesla Deutz o mocy 75 koni mechanicznych, a także system GPS+RTK, który pozwala maszynie poruszać się z dokładnością do kilku centymetrów. Operator zadaje trasę, a robot sam jedzie po rzędach, nawet jeśli są pod kątem. Na stronie producenta podano, że Agribot wytrzymuje nachylenie do 30° wzdłuż i do 20° w poprzek.
Funkcji ma niewiele, ale wszystkie są istotne: koszenie, obróbka gleby, opryskiwanie. Dzięki wymiennemu sprzętowi maszyna staje się wielofunkcyjna, czyli jeden robot może pracować na farmie przez cały sezon, zmieniając «narzędzia» pod konkretne zadanie. To nie Formuła 1, ale dla rolnictwa – to jak posiadanie własnego R2-D2.
Oczywiście, są niuanse. Robot waży ponad 2 tony, więc transport nie jest drobnostką. A żeby w pełni wykorzystać jego możliwości, rolnik i tak potrzebuje przygotowania: ustawić mapę, poprawnie zadać parametry trasy, obsłużyć maszynę. To nie jest sytuacja, w której po prostu wychodzi się w pole i naciska «start».
Ale w porównaniu z klasycznymi ciągnikami – zwłaszcza tam, gdzie codziennie trzeba manewrować między rzędami jabłoni czy krzewami porzeczek – Agribot daje odczuwalną przewagę. I co najważniejsze: nie wymaga ani obiadu, ani kawy, ani zmiany z powodu zmęczenia.
Szansa dla polskiego agro i zadania dla inwestorów

Idea ciągnika bez kierowcy wygląda atrakcyjnie, szczególnie w sektorze rolnym, gdzie znalezienie pracownika to już połowa bitwy. W wielu polskich gospodarstwach staje się to prawdziwym wyzwaniem, i właśnie dlatego Agribot wzbudza zainteresowanie. Maszyna, która pracuje bez przerw i weekendów, dobrze trzyma się na pochyłościach i jeszcze nie narzeka na pogodę – brzmi jak marzenie sadownika.
Ponadto rynek takich rozwiązań stopniowo rośnie. Według danych EuRobotics, automatyzacja w rolnictwie jest jednym z priorytetów Unii Europejskiej. W 2014 roku polski Agribot został nawet zaprezentowany jako przykład maszyny, która może zastąpić człowieka w sadach, winnicach i na plantacjach. Podkreślano wówczas, że chodzi o specjalistyczną maszynę, zamykającą konkretne zadania.
Jednak, jak to często bywa, między prototypem a rynkiem masowym leży przepaść. Nie do końca wiadomo, ile takich ciągników rzeczywiście pracuje w polu – danych o sprzedaży jest niewiele. Dla rolnika to wciąż ryzykowna inwestycja: maszyna jest droga, wymaga serwisu, a naprawa polowa – nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem.
I jeszcze jeden niuans – wąskość rynku. Agribot stworzony jest do stałych nasadzeń, czyli nie dla wszystkich typów gospodarstw. To czyni go niszą w niszy: innowacyjnym, ale nie uniwersalnym. Niemniej jednak, właśnie takie rozwiązania często stają się katalizatorami zmian: od nich zaczyna się rewizja podejść i wymagań wobec sprzętu.
Ostatecznie, każdy postęp zaczyna się od kogoś, kto postanowił, że i ciągnik może jeździć sam. A we Wrocławiu, wydaje się, takich zdeterminowanych nie brakuje.
Dalej – poza granice Polski?
Agribot może być doskonałym rozwiązaniem również dla zagranicznych sadowników. W Europie jest sporo regionów o podobnych warunkach – Włochy, Francja, Hiszpania. Tam również szukają, czym zastąpić pracę ręczną w trudnym terenie, zwłaszcza w sezonie, gdy czas to pieniądz. Jeśli wrocławski zespół zdoła dostosować produkcję i usługi serwisowe pod inne kraje, ma wszelkie szanse przekształcić lokalny projekt w eksportowy.
To nie pierwszy przypadek, gdy z Wrocławia wychodzi coś technologicznego. Miasto pamięta wynalazcę Mieczysława Wolfkego, który jeszcze w XX wieku marzył o telewizorze. Także u nas nie zapomina się o rozwijaniu kultury – m.in. przekształcając teatr muzyczny w jeden z najsilniejszych w kraju. Agribot wpisuje się w ten właśnie duch: szczypta futuryzmu, garść praktycznej wartości i sporo inżynieryjnej upartości.