Już w XX wieku stentowanie pojawiło się jako alternatywa dla skalpela – szybsza, mniej inwazyjna i technologicznie wyrafinowana. W Polsce pierwsze procedury wykonywano już w latach 80., ale kronika lokalna często pozostawała „historią mówioną”. Wrocław nie jest wyjątkiem: wiemy o ważnych krokach, ale nie wszystkie z nich zostały udokumentowane publicznie. Poniżej na iwroclaw.com spróbujemy ustalić, kiedy rozpoczęto tu pracę ze stentami wieńcowymi i czym miasto wyróżniło się na tle reszty kraju.
Od balonu do metalu: co poprzedzało stenty w Polsce
Historia kardiologii interwencyjnej nie zaczęła się od razu od stentów. Wszystko rozpoczęło się od angioplastyki balonowej. W 1977 roku Andreas Grüntzig w Zurychu rozprężył pierwszy balon wieńcowy u człowieka z chorobą niedokrwienną serca – i dokonał rewolucji. Dokładniej, przetarł tunel dla rewolucji.
W Polsce szybko zwrócono uwagę na tę nową metodę. Już w 1981 roku profesor Witold Rużyłło w Warszawie wykonał pierwszą przezskórną interwencję wieńcową. Była to, oczywiście, angioplastyka – bez stentu, ale już z cewnikiem w ręku i pewnością, że to działa. Dalej była to już kwestia techniki, umiejętności i dostępu do sprzętu.
Same stenty jako takie pojawiły się nieco później. Początkowo były to zwykłe metalowe konstrukcje bez leków – proste jak sprężyna drzwiowa, ale całkowicie skuteczne. I choć trudno znaleźć dokumentalne wzmianki o pierwszym stentowaniu we Wrocławiu, wiadomo, że miasto podjęło tę praktykę jeszcze w latach 80. lub na początku 90., podobnie jak większość dużych centrów medycznych w kraju.
Pierwsze nową metodę zaczęły wdrażać kliniki Warszawy, Krakowa i miast śląskich – tam, gdzie była i szkoła, i aparatura, i personel do pracy z nią. I tu już nie chodziło o to, by „być pierwszym”, a raczej – zdążyć wpisać się w trend, który nabierał rozpędu. System opieki zdrowotnej był wtedy daleki od ideału, ale to właśnie kardiologia interwencyjna pokazała: nawet w trudnych warunkach można wprowadzać nowości.
Jeśli określić ten etap jednym zdaniem – był to czas entuzjastów. Kiedy procedura zajmowała więcej czasu, niż potrzeba dziś na wypisanie pacjenta, a pielęgniarki dopiero uczyły się, jak pracować z pacjentem po cewnikowaniu. A poza tym – wielu lekarzy nosiło wtedy wąsy.
Stentowanie we Wrocławiu: co wiadomo, a co nie

Wrocław to duże miasto medyczne z tradycją uniwersytecką, ale historia lokalnego stentowania kryje sporo białych plam. Jeśli jest ona gdzieś udokumentowana, to chyba tylko w starym protokole, kurzącym się w archiwum szpitalnym.
Natomiast wiadomo na pewno co innego: w 2013 roku w 4 Wojskowym Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu po raz pierwszy zaimplantowano stent rozpuszczalny. Był to nowy typ urządzenia, który zademonstrował: w mieście potrafią pracować z najświeższymi technologiami. Wtedy pisały o tym media, wspominano profesora Krzysztofa Reczucha – jednego z kierowników ośrodka. Według lekarzy, procedura niczym nie różniła się technicznie, ale sam stent znikał z tętnicy po około dwóch latach. Cel – pozostawić naczynie otwarte, ale nie ograniczać go metalową konstrukcją na całe życie.
Dlaczego właśnie szpital wojskowy? Prawdopodobnie powodem jest połączenie kilku czynników: stabilne finansowanie, dobra baza techniczna i kadry gotowe podjąć ryzyko z nową metodą. Ponadto we Wrocławiu ściśle przeplata się cywilna i wojskowa edukacja medyczna – więc jest logiczne, że jeden z przełomów nastąpił właśnie tutaj.
Oczywiście, rok 2013 nie był pierwszym stentowaniem w mieście. Wcześniej we Wrocławiu już od lat pracowano ze stentami metalowymi – prawdopodobnie już od początku lat 90. Ale to właśnie to wydarzenie – z implantem rozpuszczalnym – przeszło do historii dzięki temu, że mówiono o nim publicznie. Wtedy stało się jasne: miasto nie pozostaje w tyle w medycynie – przynajmniej technologicznie.
Idea stentów bioresorbowalnych i Wrocław jako poligon doświadczalny

Na początku lat 2010. w środowisku kardiologicznym szerzyła się nowa idea – zamiast pozostawiać w tętnicy metalowy „szkielet”, po angioplastyce implantować stent, który z czasem po prostu… zniknie. Bez żadnego śladu. Żadnego ciała obcego, żadnych trudności przy ewentualnym przyszłym wszczepieniu bypassów. Tę koncepcję najpierw przyjęto z zainteresowaniem, potem – z niedowierzaniem, ale w końcu trafiła ona na sale operacyjne.
W 2013 roku 4 Wojskowy Szpital Kliniczny we Wrocławiu został pierwszym w mieście, gdzie zaczęto systemowo wdrażać stenty bioresorbowalne. W ciągu pierwszych tygodni interwencje przeprowadzono u kilku pacjentów, szósty stent zaimplantowano w dniu, kiedy napisała o tym lokalna prasa.
Profesor Krzysztof Reczuch, kierownik pracowni hemodynamiki szpitala, wyjaśniał: nowe stenty wykonane są z polilaktydu – polimeru, który w ciągu dwóch lat całkowicie się rozkłada. W przypadku progresji miażdżycy otwierało to przestrzeń do dalszego wszczepienia bypassów – bez problemów, które pojawiały się przy metalowych implantach.
Technika wykonania procedury pozostawała zwyczajowa: przez nakłucie tętnicy promieniowej na ręce cewnik wprowadzano do serca, rozszerzano zwężone naczynie, instalowano stent. Po dwóch godzinach pacjent mógł się już samodzielnie poruszać. Pierwszym we Wrocławiu, który otrzymał stent rozpuszczalny, został 70-letni mężczyzna ze zdiagnozowaną miażdżycą.
W tamtym momencie klinika zakupiła 150 takich stentów – z zamiarem przeprowadzenia ponad 100 procedur do końca roku. Dla porównania: co roku w szpitalu wykonywano do 2000 stentowań, więc urządzenia bioresorbowalne stanowiły niewielki procent, ale były wyraźnym krokiem naprzód. Cena była 2–3 razy droższa od zwykłego stentu, czyli do 5000 zł za sztukę. Z tego powodu implantowano je przede wszystkim młodym pacjentom – tym, u których miażdżyca mogła postępować i gdzie wartość „nieograniczonej” tętnicy w przyszłości była krytyczna.

Co do entuzjazmu lekarzy – był on ostrożny. Upraszczając: technologia świetna, ale zbyt nowa i skomplikowana do masowego użytku. Jeden z lekarzy żartował w rozmowie:
„Stent znika, a rachunki zostają”.
Mimo to, rezonans medyczny był odczuwalny. Ten krok potwierdził gotowość szpitala do pracy z nowymi rozwiązaniami i umieścił Wrocław na mapie interwencyjnych innowacji Polski. Jeśli w stolicy takie rzeczy przyjmowano za pewnik, to tutaj było to znaczące wydarzenie. I choć stenty bioresorbowalne nie stały się standardem w codziennej praktyce, doświadczenie zdobyte podczas ich wdrażania pozostało z zespołem na długo. Podobnie jak reputacja szpitala, który nie boi się jako pierwszy wyjść poza klasyczne metody.
Technologia jest, kolejki pozostały: gdzie stoi Wrocław dzisiaj
Z jednej strony – nowoczesny sprzęt, stenty bioresorbowalne, profesorowie z międzynarodowym doświadczeniem. Z drugiej – pacjent, który jest zmuszony czekać na angioplastykę po kilka miesięcy. W 2025 roku średni czas oczekiwania na planowe stentowanie we Wrocławiu to 141 dni. To nie fantastyka, a statystyka z otwartych źródeł.
Ironia polega na tym, że miasto, w którym zaimplantowano jeden z pierwszych rozpuszczalnych stentów w Polsce, wciąż nie jest w stanie zapewnić szybkiego dostępu do podstawowej procedury. Technologia poszła do przodu, a system – nie bardzo. Klasyczny przykład na to, jak pojedyncze przełomy nie są w stanie zrekompensować chronicznego deficytu zasobów.

A jednak, Wrocław nadal utrzymuje wysoki poziom. W mieście jest kilka klinik, gdzie regularnie wykonuje się interwencje wieńcowe – zarówno nagłe, jak i planowe. Te same ośrodki uczestniczą w szkoleniu młodych specjalistów, w wielu przypadkach są to potężne platformy szkoleniowo-kliniczne. Tutaj wciąż aktywnie działają zespoły interwencyjne, gdzie brygada operacyjna to zespół, który oddycha w unisonie.
Rzecz w tym, że nawet ze wszystkimi systemowymi niedociągnięciami Wrocław zachowuje reputację miasta, gdzie kardiologia – to osobne terytorium rozwoju. Technologie, oczywiście, same w sobie nie leczą, ale kiedy stoją za nimi ludzie, którzy chcą i potrafią je stosować, szanse pacjentów są znacznie większe. Nawet jeśli czekać trzeba długo.